Twój koszykTwój schowek
   
Logowanie
szukaj
 

Antoni Libera, Niech się panu darzy

 
Jakub Lubelski
Szczęście czytania o odwiecznym zawodzie


Antoni Libera sprawił mi dużą radość niewielkim tomem trzech nowel „Niech się panu darzy” (Warszawa 2013). Po pierwsze, Libera – myślę o prozaiku, gdyż do Libery tłumacza czy reżysera z wielu powodów nie mam dostępu – to jedno z największych piór współczesnej literatury polskiej. Nieczęsto można liczyć na nowość odznaczającą się tym specyficznym liberowym smakiem, a jeśli chodzi o prozę, jest to pierwsza książka pisarza po czterech latach, które upłynęły od intelektualnej autobiografii „Godot i jego cień”. Inni piszą, że nowy tryptyk to pierwsza proza po przeszło piętnastu latach, które minęły od ukazania się „Madame”; dla mnie jednak książka poświęcona pasji odkrywania Becketta z 2009 roku to także wspaniała powieść. Ale o tym kiedy indziej.

Już sam tytuł zbioru i tytuł pierwszej noweli – „Niech się panu darzy” – ma w sobie coś solennego, klasycznego, coś porządnego i prostolinijnego, a zarazem jest w tym jakiś dystans, blaga, ciepły humor i ironia. Trudno nie cenić tej cechy pisarstwa Libery.

Po drugie, radość moja wynika także z kameralności nowego wydawnictwa. Nie chodzi tu o wydawcę – Bibliotekę Więzi, ale o sam charakter opublikowanych nowel. Nie ma tu terroru wielkiej narracji, nie ma musu powieściowego rozmachu, misternego plecenia wątków. Rynek czytelniczy potrzebuje nieraz cichych tonów, oszczędnych barw i środków, a jeśli dobrze wyczuwam taką potrzebę, to Libera – mimo iż ryzykuje (do tej pory publikował grube książki!) – trafia w punkt. Jest nastrój, skupienie oraz bardzo specyficzna, melancholijna, ale i dowcipna, trochę cierpka, choć i ckliwa aura. Pierwszy utwór to zapamiętana rozmowa z dzieciństwa, drugi to pamięć obrazu, trzeci to pamięć muzyczna. Pierwsza nowela jest znakomitą opowieścią wigilijną; druga nosi miano introspekcji polityczno-urbanistycznej; trzecia zaś to etiuda muzyczna pozornie poświęcona relacji dwóch uczniów z mistrzem, profesorem fortepianu, a tak naprawdę mówiąca o tragicznym losie artysty.

Po trzecie wreszcie, nadal tłumacząc swój dobry nastrój czytelniczy, warto wspomnieć o tym, że Libera – konsekwentnie – drobiazgowo opisuje losy ludzkie. Bez względu na to, czy czyni to w pierwszej czy w trzeciej osobie, opisuje pamięć domu, wychowania, dzieciństwa, szkoły, lekcji, kolegów. Robi to bez względu na obowiązujące mody i trendy, nie bacząc na to, czy ktoś uczyni zarzut, że opisuje swoje szkolne przeżycia bez dystansu. Także i tym sprawia Libera, że powitałem tę wiosenną premierę z ogromnym entuzjazmem i nadzieją. W tak robionej literaturze jest jakaś siła prawdy. Truizmem jest stwierdzenie, że chwytając szczegół, dając wyraz partykularnemu, odpowiednio opisując rzecz nam dobrze znaną, tworzy się baśń o całości, pisze się mitologię własnego kosmosu.

Utracona pewność agnostyka

Pierwszą nowelę czytam całkowicie zauroczony, głęboko wdzięczny Liberze za konsekwentne ilustrowanie w literaturze zarówno zwątpienia, jak i poszukiwania Boga. Wadzenia się. Dyskretne podglądanie lekkich konwulsji agnostyka, śledzenie subtelnych pęknięć na pancerzyku niewiary, wyczucie nerwowości i utraty pewności własnego stanowiska – to ogromne duchowe atuty literatury Libery. Sekret i atut wynika z przetwarzania własnych doświadczeń. W „Godocie” Libera opisuje swe młodzieńcze zmagania z rozumieniem sensu wiary katolickiej, rozgryzanie istoty zbawienia kończy się fiaskiem. Autor sam nie może wyjść ze zdumienia, że nie pomagają mu w tym studia nad wspaniałymi przykładami nawróceń apostoła Pawła czy św. Augustyna, nie mówiąc o Pascalu: „Niestety, na mnie działały przykłady antykonwersji: przypadki wielkich zwątpień i odchodzenia od wiary”. Wymienia tu Spinozę, Joyce’a i wreszcie Becketta, o którego bogobojność ponoć dbano od wczesnych lat dziecięctwa, czego świadectwem zdjęcie matki Becketta z trzyletnim synem składającym rączki do modlitwy (s. 91).

Wiemy, że autor, oprócz aspiracji artystycznych, interesował się także fizyką i matematyką: „pociągał mnie świat liczb, abstrakcji i teorii, a zwłaszcza zagadka materii i tajemnica kosmosu” (s. 10). Także i tu odnotowujemy paralelę. Bohater opowiadania wigilijnego „Niech się panu darzy” jest właśnie fizykiem. To typ racjonalisty i agnostyka, choć inny w tonie niż osobiste świadectwo autora zawarte w intelektualnej autobiografii. Bohater Libery nie lubi świąt, nigdy ich nie obchodził, a jeśli już to robił, to bardziej w trybie antykomunistycznego rytuału i buntu. Niemniej idzie na mszę i odczuwa olbrzymią chęć zrozumienia tego, co się dzieje w kościołach, i poczucia tego, co przeżywają modlący się ludzie. Przypadkowo podczas Wigilii znajduje się w Amsterdamie, który Libera chce czynić symbolem braku duchowości. Naukowiec wykonuje beznamiętny telefon do rodziny, ale coś sprawia, że postanawia się zabawić i dodzwania się do... Betlejem. Zaskakująca treść rozmowy to dowód kunsztu Libery. Rozmowy tej nie powinienem tu ujawniać nie tylko ze względu na troskę o przyszłego czytelnika – ona wręcz streszczeniu się nie poddaje. Smakosze odkryją także, że opowiadanie skonstruowane jest według specjalnych porad Oskara Wilde’a. Dwie części nowelki są ponoć równe, autor wylicza tekst co do wersu. Libera, narzucając sobie rygor matematycznie określonej formy, wykonuje tu ćwiczenie, ale i – jak się zdaje – precyzją nawiązuje do zawodu bohatera. Jako czytelnik zawsze pozostawałem sceptyczny wobec tak rozumianych formalnych zabiegów. Cóż mamy począć ze świadomością tych symetrycznych chwytów, trójkątów i cyfr – owych specyficznych zaklęć i reguł, które stosuje autor, przyrządzając swe słowne wywary? Poza wypiekami na twarzach filologów pozostaje magia... ale nie tylko. Trud pracy Libery przynosi inny jeszcze efekt – niesłychanie gęstą strukturę tekstu. Zaledwie parę stron, a mamy poczucie, jakbyśmy wchłonęli sto stron rozległej prozy. Historia naszego fizyka pozostaje urwana, tkwimy w zawieszeniu i chcemy jeszcze raz przeżyć jego przygodę. Wracamy, wracamy, nawracamy... Dyskretnie.

Zatracanie Żoliborza

Drugą nowelę podpatruję i smakuję jako autor. Spotkanie pisarza z pisarzem to – jak ostrzegał Gombrowicz – katastrofa. A już spotkanie pisarza uznanego z debiutantem – wielka katastrofa. Dla bezpieczeństwa zatem to spotkanie miało charakter pośredni, poprzez dzieło. Opowiadanie o Warszawie czyta także krakus, bez tej szczególnej warszawskiej namiętności, ale i bez krakowskich uprzedzeń. Czego tu nie mamy – pamięć przestrzeni, pamięć miasta Warszawy, bolesne wydarzenia historyczne i subtelne grafiki Giorgio de Chirico. Libera ponoć po sukcesie „Madame” odgrażał się, że kolejna rzecz będzie wielkim hołdem dla Żoliborza. Nie musiała być to zapowiedź wielkiej powieści. Pisząc na zamówienie Muzeum Powstania Warszawskiego „Widok z góry i z dołu”, spełnił swój zamiar hołdu dla dzielnicy Warszawy. Dzielnicy niezniszczonej podczas wojny. Zapis pamięci ośmioletniego chłopca, który wdrapuje się z wujem Oskarem, architektem, na wielki komin i spogląda na budowaną w latach dwudziestych część miasta, pozwala na uzyskanie efektu przemijania. Po wojnie, po latach emigracji bohater powróci do Warszawy i spotka go rozczarowanie. „Widok z góry i z dołu” to zderzenie młodości ze starością, zaciekawienia i entuzjazmu z rozczarowaniem i zniechęceniem.

Osiedle oficerskie (architektura dworkowa), osiedle dla urzędników państwowych, osiedle dziennikarskie, dla ludzi wolnych zawodów, osiedle robotnicze... Kiedy to wszystko powstanie? Chłopiec obiecał sobie śledzić rozwój dzielnicy, jednak szybko o niej zapomniał. W 1939 roku emigruje do Ameryki i dopiero Powstanie Warszawskie ponownie przypomni mu o opuszczonym mieście. Znów miną lata pracy i życiowych trosk. Przypadkowo kupiony album z malarstwem Giorgio de Chirico – obrazy „Melancholia ulicy”, „Nostalgia nieskończoności”, „Niepokój odjazdu” – przywoływały z pamięci wspomnienie budowy mini-miasta! Libera nazywa te praktyki ćwiczeniami z archeologii pamięci! Bohater zaczyna przeglądać internet i tak, przez przypadek, odkrywa swego nieznanego kuzyna, syna wuja Oskara i sanitariuszki z Powstania... Umawiają się w Warszawie. Kuzyn bohatera oprowadza go po starych, dobrze zapamiętanych punktach miasta. Stara kotłownia i komin nie wyglądają już jak przed wojną. Kino Tęcza wydaje się odpychające. Bohater zdaje się także niewiele wiedzieć na temat sierpnia 1944 roku. W końcu dostaje zawrotu głowy.

Autor, całe życie mieszkając w jednej dzielnicy, zna Żoliborz doskonale. I czyni z niego swą małą ojczyznę, robiąc to z wyjątkowym, literackim zamiarem. Ilustruje mechanizm odzyskiwania pamięci, pokazuje skomplikowane losy ludzkie na tle historii miasta; analizując jego estetykę, dokonuje historyczno-politycznych bilansów, a wszystko ostatecznie po to, by zrozumieć życie: „czemu mam zamęt w głowie?” – pyta bohater opowiadania. „Przecież nie żyłem szybko. Przecież żyłem wolniutko, może nawet zbyt wolno. Wejście na wiele szczebli wciąż odkładałem na później, aż się robiło za późno. Może to właśnie przez to? Może trzeba się spieszyć i żyć do utraty tchu, by zakręciło się w głowie, bo tylko wtedy na końcu przychodzi uspokojenie?” (s. 65). Postać starego mężczyzny medytującego nad życiem i przypominającego sobie, jak siedemdziesiąt lat temu wchodził na komin i jak strażnik przestrzegał go przed wysokością, nabiera szczególnej, metafizycznej zwiewności... Powrót jest bolesny, Żoliborz okazuje się zanikać. Bohater dookoła siebie widzi pustą, wyludnioną przestrzeń... Jak z obrazu Chirico.

Muzyka czy literatura, sztuka nie zbawia

Trzecią, premierową – więc być może najistotniejszą w tym miejscu do omówienia – nowelę czytam całkowicie osobiście i nie mam wątpliwości, że i autor pisał ją z takim samym zaangażowaniem. Czytam ją jako były uczeń szkoły muzycznej i czytam ją wreszcie jako autor literackiego zapisu podobnych doświadczeń: poznania charyzmatycznego profesora muzyki, zmagania się z materią utworów i bólu rezygnacji z dalszej drogi muzycznej. Nie mam jednak – jak wielu to czyni – żadnej satysfakcji w odkrywaniu, że Libera, by napisać „Toccatę C-dur”, musiał pobierać lekcje fortepianu. W końcu mamy na to dowód-wyznanie: „Pragnąłem być niegdyś muzykiem – pianistą, kompozytorem, przynajmniej dyrygentem. Musiałem się pogodzić, że nikim nie zostanę, bo nie mam dość talentu” – zapisał Libera gorzko i otwarcie w autobiograficznej prozie „Godot i jego cień”. Znajdą się krytycy, którzy powiedzą, że Libera część swych doświadczeń notuje z zapałem godnym licealisty, kompletnie bez dystansu i niejako tracąc literackie filtry. A ja wręcz przeciwnie. Chłonę z satysfakcją samą opowieść, ale i mistrzowsko przedstawioną gorycz, znakomicie ujęte sceny powiązane z nutowymi przedstawieniami utworów, a przede wszystkim z medytacją nad losem twórcy.

Znajdą się i tacy czytelnicy, którzy postawią ulubione pytanie: czy to wszystko prawda? Nie interesuje mnie, czy Roman Jasiński – warszawski pianista i kompozytor, popularyzator muzyki, któremu dedykowany jest utwór – to pierwowzór Profesora Adama Platera (wspaniała postać!) z „Toccaty” i czy to u Jasińskiego uczył się Libera. Najważniejszy jest tu nawet nie narrator, niezdolny uczeń mierzący się z utworem i zdający sobie w końcu sprawę podczas rywalizacji ze zdolniejszym kolegą Sławkiem, że pianistą nie będzie. Nie on. Ale ukryty bohater – Robert Schumann. Dlaczego Libera sięga po autora „Karnawału” czy „Utworów fantastycznych”?

A czyż to pierwszy raz ten kompozytor inspiruje polskiego pisarza? Jarosław Marek Rymkiewicz! Zdaje się, że całe swoje „Kinderszenen” poświęcone dzieciństwu i pamięci Postania Warszawskiego, pisze w odpowiedzi na „Sceny dziecięce” Schumanna: „Kinderszenen znają prawdopodobnie ci, którzy nie mają najmniejszego pojęcia o istnieniu Roberta Schumanna, niemieckiego romantyzmu oraz Klary Wieck – znają przynajmniej, bo kiedyś słyszeli numer 7 z tego cyklu, cudne «Marzenie», czyli «Träumerei», jedno z najsłynniejszych (z pewnością także jedno z najsłodszych) dzieł muzyki europejskiej. Kto to słyszał, ten nie zapomni, nawet jeśli tej niemieckiej słodyczy nie polubi, jeśli wyda mu się ona słodko podejrzana”. Pomysł kompozytora, by odzwierciedlić muzycznie marzenia z dziecięcego pokoju, uzupełnia Rymkiewicz swą książką – dziecięcymi widzeniami chłopca z Warszawy lat czterdziestych. Krew i groza.

U Libery jest inaczej, nie tak polemicznie. Schumann nie tylko reprezentuje muzyczny niemiecki romantyzm, w którym gustuje autor „Madame”. Schuman, który aspirował do bycia pisarzem, sam ostatecznie jest znakomitym bohaterem dla Libery, bohaterem funkcjonującym między muzyką a słowem. Przez parę lat kompozytor przewodniczył stowarzyszeniu miłośników literatury, pisał poezje i wygłaszał odczyty, jak choćby „Wewnętrzne pokrewieństwo poezji i muzyki”. Także wybór „Toccaty” nie jest tu przypadkowy. Profesor Plater, mistrz dwóch rywalizujących bohaterów, w jednej ze scen przedstawia interpretację tego dzieła: „To jest szczególny utwór. Nowelka na fortepian o sztuce fortepianu. Muzyka o pianiście. Dźwiękowy portret muzyka. Portret wyrażający jego życie i los” (s. 80). Życie przepełnione trudem ćwiczeń, w którym trudy stanowią jego zdecydowaną większość i przyćmiewają radość kompozytorskich uniesień i muzycznych olśnień. Nawet po nich czas wrócić do żmudnych wprawek. Grając końcowe fragmenty, Profesor dostosowuje się do melodii oraz rytmu i wyśpiewuje do muzyki: „czekać na głoos... To jest muzyka loos... czekać na głoos... To jest muzyka loos...”, a na końcu: „Jak to przeminęęę-ło, jak to przeminęęę-ło, jakby wczoraj się zaczęęę-ło, jakby wczoraj się zaczęęę-ło” (s. 87; koncept wplecenia cytatów muzycznych do tekstu dodał wiele do literackiego pomysłu).

Los Schumanna odzwierciedla główny bohater, żyjąc w napięciu pomiędzy wolą tworzenia literatury a ostatecznym wypełnieniem życia muzyką. Są przerwane studia prawnicze. Bohater Libery – jak w krzywym zwierciadle – rezygnuje z muzyki i realizuje karierę prawniczą właśnie. Po latach przyjeżdża na zjazd absolwentów i spotyka zdolniejszego od siebie, Sławka. Sławek został muzykiem, nie zrobił jednak wielkiej kariery. Bohater w pewnym stopniu mu zazdrości, ale jednocześnie widzi, że to dzięki niemu nie zmarnował życia... Zazdrości mu natomiast możności lekkiego zagrania „Toccaty”. Tamten z kolei zazdrości mu pozycji zawodowej i kariery. „Masz muzykę” – pociesza nasz bohater Sławka. – „To jest wartość bezwzględna”. Sławek nie rozumie. Bohater się mityguje i dostrzega w dawnym przyjacielu gorycz „surowego szczęścia”. Sam rekapituluje swoje życie: interesy, spotkania, konferencje – nie ma w nim niczego na miarę  „muzyka przy fortepianie”. Ostatecznie – muzyka nie jest ponad wszystko? Sztuka nie zbawia?

Gorzki powrót do punktu wyjścia

„Wysoko duch mój mierzył, ale szybko / Miłość i ból zaczęły go w dół ściągać / Tak życie zatoczyło łuk i oto / Wracam do punktu, z którego wyszedłem”. Motto z Hölderlina, krótki epigram „Lebenslauf” („Bieg życia”) w tłumaczeniu Libery, mówi o zawiedzionych aspiracjach, niespełnionych nadziejach, o ściąganiu na ziemię bujających w obłokach. Jedni pisali o drodze, inni o zataczaniu kręgów, tu mamy metaforę łuku. Rzeczywiście, to doświadczenie każdego z trzech bohaterów trzech nowel Libery.

Fizyk agnostyk traci grunt pod nogami, kruszeje betonowa podstawa niewiary, wspomnienie sceny z dzieciństwa musi prowadzić do uznania cudu; wuj kochający Żoliborz nie odnajduje go tak pięknym, jak go zapamiętał, zaś wspomnienie pierwszego zachwytu przywołuje na myśl refleksje o tym, jak należało przeżyć całe swoje życie; rywalizujący z lepszym od siebie kolegą Sławkiem uczeń fortepianu, mierząc się z Toccatą C-dur Schumanna, rezygnuje z dalszej kariery muzycznej. Po latach wie, że był to dobry wybór, choć gorzko mu usłyszeć wspaniałe wykonanie pamiętnego utworu. Wie, że w jego pozornie udanym życiu, wypełnionym zawodowymi sukcesami, brak czegoś na miarę „posiadania muzyki w życiu”.

Jest w nowelach Libery jakiś rodzaj łagodnego godzenia się z upływem czasu. Jest nostalgicznie ujęty ciepły rodzaj rezygnacji, mierzenia się z niemiłym, spoglądania nieuchronnemu prosto w oczy. Czy Libera sam toczy jakiś swój bój poprzez sztukę? W jednym z telewizyjnych programów kulturalnych na pytanie, czy sztuka może nas uchronić przed przemijaniem, odpowiedział, że nie daje temu wiary: „Uważam, że przed przemijaniem nic nie ratuje. To jest wielka dyskusja wokół dzieła Prousta, który ze sztuki zrobił coś w rodzaju religii, tzn. że sztuka nas zbawia, ratuje. To jest bardzo dyskusyjne. Może tak być, może tak nie być”. Pozostając w napięciu i godząc się na tę niepewność, powracam do „Toccaty C-dur”, a Autorowi niech się wydarzy, znów... wielka literatura.

W magazynie „Teologia Polityczna Co Miesiąc”, z którego pochodzi powyższa recenzja, znajdą Państwo także premierowe opowiadanie Antoniego Libery.

 

Jakub Lubelski, „Teologia Polityczna Co Miesiąc”

Antoni Libera, autor bestsellerowej „Madame”, proponuje tym razem krótszą formę: trzy nowele, które łącząc w sobie pierwiastki sensacji, tajemnicy i melancholii, tworzą jednorodny tryptyk. Trzy ludzkie losy, trzy elektryzujące historie, dla których wspólna jest zagadka Czasu, Przypadku i Przeznaczenia.
książka: 23,52 zł 29,40 zł
do koszyka
schowek
wstecz

Polecamy

Listy 1957-2000
książka: 28,00 zł 35,00 zł
do koszyka
schowek
czytaj więcej
Notatnik niespiesznego przechodnia
książka: 39,98 zł 49,98 zł
do koszyka
schowek
czytaj więcej


Copyright (c) Towarzystwo „WIĘŹ”
00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3
e:mail: wiez@wiez.pl

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?