Twój schowekTwój koszyk
szukaj

Styczeń 2005

Prawo kontra sprawiedliwość

1 (555)

Prawo kontra sprawiedliwość

Prawo ma służyć zaprowadzaniu i przywracaniu sprawiedliwości – to takie oczywiste. Ostatnio jednak coraz częściej doświadczamy, że wobec bezdusznych paragrafów (i czasem prawników) tęsknota za sprawiedliwością staje się naiwną utopią. Dlaczego prawnicy obawiają się słowa „sprawiedliwość”? Czyżby sprawiedliwość zagrażała prawu? Czy prawo służy dziś w Polsce sprawiedliwości? Czy sądownictwo pozostaje wymiarem sprawiedliwości? Czy rzeczywiście „sprawiedliwość można dziś znaleźć wszędzie, tylko nie w sądzie”?
     

Prawo kontra sprawiedliwość

   
Jacek Borkowicz
4Nowa twarz Ukrainy
Bogumiła Berdychowska
6Listopad obywateli
Wasyl Stus
16Wiersze
Inka Słodkowska
21Kobiety, katolicyzm, przemoc
Anna Piwkowska
27Wiersze
Tomasz Wiścicki
30Prawo przeciwko sprawiedliwości?
Paweł Biedziak
Anna Karoń-Ostrowska
38Czy policja jest bezradna – rozmowa
Paweł Siennicki
43Wyciszyć sumienie
Bogdan Wróblewski
50Temida ślepa na prawdę?
Janusz Kochanowski
Wiktor Osiatyński
Zbigniew Stawrowski
Tomasz Wiścicki
60Wyszczerbiony miecz sprawiedliwości – dyskusja
Stanisław Stanik
75Wiersze
Joanna Skawińska
76Widok z Manhattanu
Pomarańczowa rewolucja na Manhattanie
Jerzy Holzer
Magdalena Bajer
78Blizny po ukąszeniu
Nie przeżyłem rewizjonizmu
Jan Robak
91Sutanna
Piotr Wojciechowski
92Jeden świat, jeden mózg
Prawda jest wysoko
     

Z NAJNOWSZEJ HISTORII POLSKI

   
Andrzej Friszke
96Wynegocjowana rewolucja
     

POLACY I ICH SĄSIEDZI

   
Michał Kurkiewicz
105Kronika wschodnia
     

KOŚCIÓŁ W ŚWIECIE

   
Józef Majewski
110Kronika religijna
     

PEJZAŻ KULTURALNY

   
Marzenna Guzowska
120Krzywa oś
Piotr Kosiewski
122Kłopot z pojęciami
     

NAD KSIĄŻKAMI

   
Józef Majewski
124Wielka encyklopedia religii
Jerzy Wocial
128Zdrada siebie
Wojciech Skrodzki
132Grzech sztuki
Natalia Mamul
135Białoruś czeka na zmiany
     
139Zmarli
Wojciech Wieczorek
142Günter Sächen: ślad pojednania
Małgorzata Borkowska OSB
145Nasze pytania do Niego
Jakim prawem to czynisz?
     

Listy do redakcji

   
Maria Zajączkowska
146Bojkotować nieuczciwych
ks. Marek Białkowski
147Świętokrzyski Ołtarz Ojczyzny
Małgorzata Borkowska OSB
148Czy komputer jest źródłem poznania?
ks. Lech Tranda
149Zbiór kazań ks. Bogdana Trandy
     

Artykuł

WIĘŹ 1 (555) 2005

Andrzej Friszke

Wynegocjowana rewolucja

Geneza i pierwsze lata Trzeciej Rzeczypospolitej należą do tematów, które z pewnością będą zajmować historyków przez kilka pokoleń i będą budzić ostre dyskusje, jakie zwykle wywołują wydarzenia o tak przełomowym znaczeniu.

W minionych miesiącach ukazało się kilka książek dotyczących roku 1989. Profesor Andrzej Garlicki opublikował książkę „Karuzela. Rzecz o okrągłym stole” (2003), a następnie uzupełnił ją szkicami sylwetek głównych uczestników negocjacji. Wkrótce potem ukazało się pięciotomowe wydawnictwo „Okrągły Stół”, zawierające wiele dokumentów, głównie strony rządowej, z okresu poprzedzającego negocjacje i z samych negocjacji. Wydawnictwo to – opublikowane pod patronatem prezydenta RP – niestety nie jest powszechnie dostępne na rynku księgarskim, nie wiadomo zresztą dlaczego. Wymienione książki centralny punkt przemiany ustrojowej lokują w Okrągłym Stole, marginesowo tylko wspominając o wydarzeniach następnych. Wielu obserwatorów uważa, że wynika to ze swoistego sporu o źródła prawomocności III Rzeczypospolitej – czy jest ona bezpośrednim następstwem Okrągłego Stołu, czy również, a może przede wszystkim wyborów czerwcowych i powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Najnowsza książka Antoniego Dudka „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988-1990” obejmuje okres od połowy lat osiemdziesiątych do końca roku 1989. Dudek wyraźnie widzi przemianę ustrojową jako dłuższy ciąg zdarzeń, w którym Okrągły Stół był tylko etapem, zasadnicze znaczenie miały natomiast wybory czerwcowe, których przebieg i wynik pokrzyżował kierownictwu PZPR plan dalszego sterowania procesem i głębokością zmian. To kampania wyborcza, przebieg i wyniki wyborów doprowadziły do rozkładu partii i aparatu władzy, z którego nie były już one w stanie się otrząsnąć.

Antoni Dudek, który stał się w minionych miesiącach obiektem licznych i radykalnych krytyk, a nawet ataków personalnych, jest badaczem o ugruntowanej i mocnej pozycji. Debiutował w londyńskim „Aneksie” w 1990 r. biografią Bolesława Piaseckiego, napisaną wspólnie z Grzegorzem Pytlem. W kilka lat potem wraz z Tomaszem Marszałkowskim opublikował książkę „Walki uliczne w PRL 1956-1989”. Jego praca „Państwo i Kościół w Polsce 1945-1970” jest fundamentalną monografią tego tematu, podobnie jak wydana w minionym roku przez „Znak” opracowana wspólnie z Ryszardem Gryzem synteza „Komuniści i Kościół w Polsce (1945-1989)”. Znaczenia tych książek we współczesnej historiografii nie sposób podważać i w środowisku historyków bodaj nikt tego nie czyni. Dudek, jako politolog, nie obawia się jednak sięgać również po tematy niemal aktualne. Jego książka „Pierwsze lata III Rzeczypospolitej 1989-2001” musi wywoływać spory, może też budzić sprzeciwy, zarówno z powodu ocen i braku dystansu, jak ze względu na wątłość bazy źródłowej.

Taka bariera nie stoi przed badaczem ostatnich lat PRL. Decyzją podjętą przez min. Kazimierza Ujazdowskiego odtajnione zostały archiwalia PZPR aż po rok 1990, a dzięki powstaniu IPN historycy uzyskali dostęp do materiałów wytwarzanych przez służby specjalne. Z tych archiwaliów Dudek szeroko korzystał pisząc swoją książkę. Materiał narzucił jednak również jej perspektywę. Jest to dzieło przede wszystkim o ostatnich latach władzy komunistycznej w Polsce, a proces przemian czytelnik ogląda właśnie z tej perspektywy. Niewiele znajdujemy tu informacji o układzie sił i dylematach strony opozycyjnej, co staje się słabością książki, gdy autor dochodzi do momentu, kiedy opozycja staje się stroną coraz ważniejszą i ostatecznie przejmuje władzę. Ten brak jest głównie skutkiem nieistnienia porównywalnego z wymienionymi wyżej archiwum opozycji, a także braku dostępu do archiwaliów kościelnych, bez których pełne omówienie historii lat osiemdziesiątych jest niemożliwe.

Chyba jednak nie tylko trudności z dokumentacją są przyczyną ukazania „Solidarności” i jej elit jako tła dokonywanej zmiany. Tytuł książki „Reglamentowana rewolucja” nie jest tylko zabiegiem „handlowym”, ale wyraża ugruntowany sąd autora. W ostatnim jej akapicie czytamy: Zakulisowe działania Kremla, umiejętna polityka stopniowania ustępstw przez ekipę Jaruzelskiego, wciągnięcie do współpracy umiarkowanej części opozycji, wreszcie słabość jej radykalnego odłamu (...) przesądziły o tym, że wydarzenia z lat 1988-1990 zasługują na miano reglamentowanej rewolucji. W wywiadzie dla krakowskiego wydania „Gazety Wyborczej” (17 IX 2004) Dudek następująco oceniał gradację czynników decydujących o procesie przemian: 1) zmiany w ZSRR, 2) dynamika zmian nastrojów społecznych – rosnąca gotowość do buntu, 3) zmiany w aparacie władzy przez szybkie przystosowywanie się do zajęcia uprzywilejowanej pozycji w gospodarce, 4) dopiero na końcu wpływ „Solidarności”, rządu Mazowieckiego. Problem w tym, że uważna lektura książki nie potwierdza takiej kolejności trzeciego i czwartego punktu, nie całkiem też
przekonuje do wniosku zawartego w ostatnich zdaniach narracji.

„Solidarność” – nie na końcu

„Solidarność” wpływała na sytuację w Polsce w różnym stopniu i w różnych wymiarach. Jej legalna działalność w latach 1980-1981 głęboko podmyła struktury systemu. Po stanie wojennym i osiągnięciu „stabilizacji” sytuacja w Polsce była nadal odległa od „normy” obowiązującej w typowym kraju realnego socjalizmu, a w Polsce do roku 1980. Wiele informacji zawartych w pierwszej części książki Dudka, także o zakresie wpływów wojskowych w aparacie władzy i roli służb specjalnych, potwierdza wniosek postawiony na końcu: podjęta w stanie wojennym próba zastąpienia osłabionej PZPR przez wojsko i służby specjalne prowadziła do podziału aparatu władzy na rywalizujące ze sobą grupy biurokratyczne (485).

„Solidarność” podziemna nie mogła doprowadzić do obalenia systemu, ale za jej sprawą bezustannie żarzył się ogień buntu, rozwijała się ogromna podziemna produkcja wydawnicza, która mocno osłabiała zdolność władzy do kontroli nad informacją i obiegiem myśli. Równocześnie powstawały liczne grupy i ośrodki działania, które przełamywały monopol władzy na kontrolę nad inicjatywami obywateli. W osobie Lecha Wałęsy istniał znany wszystkim symbol oporu. Bez tego wszystkiego w 1989 roku władza albo sama sterowałaby procesem przemian (o ile byłaby taka potrzeba), albo stworzyła „manekiny” kierowane zza kulis.

Tu dochodzimy do kwestii stawianej przez część publicystów tzw. prawicy, a mianowicie, że agentura SB mocno przenikała elity podziemnej „Solidarności”, a wielu jej działaczy było „sterowanych”. Dudek nie głosi takiego poglądu, cytuje jednak opracowanie SB z 1987 r., w którym pisano, że choć całkowicie pod kontrolą operacyjną jest tylko 10% struktur nielegalnych, to w pewien sposób operacyjnie kontrolowanych jest 84% (s. 67). Kilkadziesiąt stron dalej ocenia, że pojawienie się na fali protestów wiosennych 1988 r. nowych liderów robotniczych i studenckich utrudniło SB działalność operacyjną prowadzoną przy pomocy licznej agentury uplasowanej w strukturach konspiracyjnych jeszcze w pierwszej połowie dekady. (143) Ocenę tą powtarza potem (s. 146 i in.), chodzi więc o ugruntowany pogląd.

Trzeba stanowczo podkreślić: nie ma żadnych danych potwierdzających wysoki stopień penetracji najważniejszych ogniw decyzyjnych czy opiniotwórczych „Solidarności”. Przeciwnie – dotychczasowe badania w archiwach SB wskazują na czasem wręcz zadziwiająco nikły stopień poinformowania, nie mówiąc już o zdolności sterowania kluczowymi ośrodkami lub postaciami „Solidarności”. Są to więc opinie bezpodstawne. Pośrednio potwierdza to niekiedy sam Dudek, pisząc, że poziom orientacji MSW w poglądach politycznych jego [Komitetu Obywatelskiego] członków pozostawiał wiele do życzenia (s. 235).

Równie wątpliwe jest przekonanie, że wśród nowych liderów ruchu strajkowego 1988 r. penetracja SB była mniejsza. Doświadczenia w działalności opozycyjnej czy konspiracyjnej nie nabywało się ad hoc, a obejmowało ono także umiejętność „wyczuwania” podejrzanych zachowań. Oczywiście, SB potrafiła wprowadzać do podziemia agentów zdolnych dobrze ukrywać swoją rolę, ale lektura akt przechowywanych w IPN wskazuje, że na ogół tajni współpracownicy poruszali się po obrzeżach grup opozycyjnych, mając trudności w wniknięciem „w głąb”. Trudności tych zapewne było o wiele mniej w przypadku grup tworzonych spontanicznie, z ludzi mało dotąd się znających, mało doświadczonych. Bronię więc wniosku przeciwnego: łatwiej było wprowadzić agentów do grup powstających na fali odwilży czy spontanicznych protestów roku 1988 niż do długo działających i nieźle zintegrowanych.

Znane są liczby wskazujące na ogromny wzrost liczebności agentury SB w latach osiemdziesiątych, ale nie znamy ani dokładniejszego rozkładu tajnych współpracowników w poszczególnych środowiskach zawodowych, społecznych, politycznych, ani – trudniejszej do ustalenia – ich skuteczności, czyli „pracowitości”. A – jak powiedziałem – dotychczasowa analiza akt jest raczej optymistyczna dla „Solidarności”, mimo znanych z prasy pojedynczych przypadków.

Nad tą kwestią wypadało się zatrzymać dłużej, gdyż ma ona znaczenie fundamentalne dla określenia suwerenności strony opozycyjnej w roku 1989. Jak powiadam, nic nie wskazuje na to, by opozycyjni aktorzy 1989 r. byli postaciami dwuznacznymi.

Widmo buntu

Zgodzić się natomiast trzeba z oceną Dudka o zasadniczym wpływie obaw przed buntem społecznym dla przyspieszania zmian politycznych. Buntu takiego obawiały się władze PRL i nie bez przyczyny zaproszenie do rozmów dla Lecha Wałęsy gen. Kiszczak wystosował w trakcie strajków sierpnia 1988. Strach przed wybuchem i wielką destabilizacją ekipa gen. Jaruzelskiego nosiła w sobie od okresu 1980-1981.
Niekontrolowanego buntu obawiała się jednak także opozycja, nawet nie dlatego, że – jak sądzi Dudek – w jego wyniku doszłoby do wyłonienia nowej elity opozycyjnej czy zakwestionowania mandatu elity „starej”. W sposobie myślenia ludzi opozycji – wbrew temu, co głosiła propaganda partyjna – było mocno zakorzenione przekonanie o potrzebie ewolucyjności przemian, unikaniu wielkiej destabilizacji, a zwłaszcza rozlewu krwi. Sądzono bowiem – nie bez podstaw – że z prawdziwej rewolucji nie rodzi się porządek demokratyczny, szanujący prawa człowieka. Tymczasem taki właśnie porządek był istotnym, nie tylko deklarowanym celem działań opozycji. Innym celem było podjęcie głębokich reform gospodarczych, które zahamują staczanie się Polski pod względem cywilizacyjnym. Tego także nigdy nikomu nie udało się osiągnąć w czasie rewolucji.

Antoni Dudek uważa, że opozycja solidarnościowa przeceniała stopień sprawności aparatu PZPR, jego wolę obrony starego systemu, a także determinację SB i wojska. Być może istotnie tak było, ale – przyznaje to autor – podobnie rozumował prezydent Bush, dysponujący przecież własnym fachowym aparatem informacji, a także kierownictwo Kościoła katolickiego. Może więc jednak nie były to obawy całkiem bezzasadne?
Prócz obaw przed atakiem sił starego porządku przywódcami opozycji kierowała chęć dokonania takiej ewolucji, która nie spowoduje wypchnięcia ludzi dawnego reżimu poza obręb legalnego życia publicznego. W wolnej Polsce wszyscy mieli mieć prawa obywatelskie. A poza tym – czy proces przemian ustrojowych przebiegałby korzystniej, gdyby towarzyszyło mu formowanie się nielegalnych grup złożonych po części z ludzi służb specjalnych i wojska, złączonych w nadziei wzięcia odwetu i przywrócenia dawnego porządku? Taktyka „umiarkowanej” opozycji – która zasiadła do Okrągłego Stołu, poprowadziła komitety obywatelskie do czerwcowego zwycięstwa, a następnie stworzyła rząd Tadeusza Mazowieckiego – była podyktowana tymi wartościami.
Liczyć się musiała również ze względami strategicznymi. Musiała zatem uwzględniać globalne cele polityki amerykańskiej i innych państw zachodnich, które zmierzały do niekonfrontacyjnego rozwoju stosunków z Moskwą, co wykluczało działania w Polsce grożące nawrotem „zimnej wojny”. Musiała także brać pod uwagę sytuację w ZSRR, gdzie rozwój liberalizacji był korzystny dla poszerzania zakresu wolności Polski, ale nie można było wykluczyć, że przerwanie ewolucyjnego charakteru przemian nad Wisłą może ułatwić dogmatyczny przewrót – próbę taką przecież w końcu podjęto w roku 1991. Ten ostatni czynnik łączył się z problemem Niemiec, a w 1988 czy jeszcze do jesieni 1989 r. nic jeszcze nie wskazywało, że Moskwa zgodzi się na likwidację NRD i wycofanie stamtąd gigantycznej armii. Stopień rozkładu systemu w NRD, Czechosłowacji, nie wspominając już o Rumunii czy Bułgarii, był słabo zaawansowany do lata 1989 r. i nie ma powodu sądzić, aby te reżimy miały upaść same z siebie, a to oznaczało, że Polska jest liderem przemian demokratycznych ze wszystkimi tego konsekwencjami i niebezpieczeństwami. Wreszcie – dodajmy – liberalizacja w ZSRR sprzyjała odzyskiwaniu suwerenności przez Ukraińców, Litwinów, Białorusinów, co obserwowano w środowiskach „umiarkowanej” opozycji bacznie i z nadzieją, licząc na zmianę geopolitycznego położenia kraju. Ponadto na ewolucyjny charakter przemian nalegał Kościół – zarówno Jan Paweł II, jak prymas Glemp, a także inni biskupi i chyba większość księży. Bardziej wnikliwa analiza wypowiedzi i działań Episkopatu, której w tej książce Dudka brakuje, uwypukliłaby rolę Kościoła jako patrona ostrożnej ewolucji.

A cóż miała do zaproponowania opozycja radykalna? Zignorowanie wszystkich powyższych czynników, postawienie wszystkiego na jedną kartę („wóz albo przewóz”) w nadziei na kompletny rozpad struktur istniejącego państwa, gospodarki i tworzenie wszystkiego od dołu i od nowa, przy założeniu, że słabnące imperium będzie się temu biernie przyglądać? Wolne żarty.

W książce Antoniego Dudka na marginesie tylko wspomniany jest wątek kontaktów z Moskwą przedstawicieli opozycji, w tym Adama Michnika, w lipcu 1989 roku. Nie ma na ten temat żadnych bezpośrednich źródeł. Problem, podniesiony przez Dudka także na łamach „Biuletynu IPN”, wywołał mocno dwuznaczne komentarze w prasie tzw. prawicowej, przy czym czasem posuwano się do podważania patriotyzmu Michnika. Sugestie takie są absurdalne i wynikają z kompletnego niezrozumienia tamtej epoki. Od 1945 r. Moskwa nie rozmawiała z Polakami innymi niż reprezentanci partii komunistycznej. Nadzieje na nawiązanie kontaktu i studzenie obaw Moskwy wyrażał Stefan Kisielewski, ale wtedy – w 1981 r. i później – nie było woli Kremla w tym kierunku. Kiedy pojawiła się szansa odsunięcia od władzy PZPR i przejścia do demokracji, rozmowy z Moskwą, nadal przecież sprawującą kontrolę militarną i gospodarczą nad Polską, były konieczne, były wręcz obowiązkiem. Niechęć ich uczestników do bardziej szczegółowych zwierzeń wówczas była zrozumiała – na ogół rozmowy dyplomatyczne nie są referowane w szczegółach opinii publicznej, po latach zaś wroga i podejrzliwa atmosfera, która towarzyszy już wzmiankom o ich odbyciu, nie skłania do wylewności.

Elastyczny generał

Zatrzymałem się dłużej nad wątkami, które budzą mój sprzeciw albo w ogóle są nieobecne, ze szkodą dla kompletności wykładu. Zwróćmy jednak uwagę na to, co autora interesuje przede wszystkim – kondycję i rozkład aparatu władzy. Antoni Dudek, trochę może nawet wbrew sobie, wystawia niezłe świadectwo gen. Jaruzelskiemu. Okazuje się, że jego polityka wewnętrzna w połowie lat osiemdziesiątych była bardziej umiarkowana, niż sobie tego życzyła Moskwa. W maju 1984 r. przywódca ZSRR Czernienko nakłaniał Jaruzelskiego do wyraźnego zaostrzenia kursu w PRL, w tym wyplenienia z korzeniami elementów antysocjalistycznych. Tymczasem w lipcu 1984 r. generał przeprowadził amnestię, zwolnił z więzień przywódców „Solidarności”.
Po dojściu do władzy w 1985 r. Michaiła Gorbaczowa Jaruzelski był głównym jego aliantem spośród przywódców krajów podporządkowanych Moskwie – inni mniej lub bardziej demonstrowali niezadowolenie z rozpoczętej „pieriestrojki”. Już jesienią 1986 r. wskazywał na potrzebę podjęcia w Moskwie rozmów w sprawie zbrodni katyńskiej oraz opowiedział się za wizytą w Moskwie prymasa Glempa. Generał bynajmniej nie zamierzał demontować systemu – bronił go do końca 1988 r. Wykonywane ruchy i gesty (wielka amnestia 1986 r., powstanie Rady Konsultacyjnej, liberalizacja cenzury, także sprawa Katynia i wizyty Glempa w ZSRR) miały służyć poszerzeniu zaplecza i popularności władzy, zmniejszeniu nacisku niezadowolonych oraz wyprowadzeniu Polski ze stanu izolacji w świecie zachodnim i pozyskaniu pomocy ekonomicznej dla upadającej gospodarki. Podobnym celom służyła polityka kooptacji, której wariantem zrazu miał być Okrągły Stół. Generał okazał się jednak politykiem nadspodziewanie elastycznym. Bronił podstaw, a potem już elementów starego systemu, związanych z nim ludzi i swojej pozycji, ale wykazywał w tym zdolność do cofania się. Nie sięgnął też ani razu – jak to widzimy także z ustaleń Dudka – po próbę zahamowania procesu zmian i oddawania władzy przez PZPR.

Jaruzelski wykazywał też zdolność do wykorzystywania rad współpracowników dość nietypowych, jak na realia systemu, czy tolerowania i korzystania z opinii mocno nieortodoksyjnych, takich jak opracowania „trzech”, czyli Stanisława Cioska, Jerzego Urbana i Władysława Pożogi. Była to sytuacja nowa i nawet dziwna w dotychczasowej praktyce. Antoni Dudek zauważa (wskazywał na to też Garlicki), że opracowania „trzech” wytyczały scenariusze owej „reglamentowanej rewolucji”.
„Góra” popychała do liberalizujących zmian, ale średni aktyw PZPR był im przeciwny. Jeszcze jesienią 1988 r. 85% sekretarzy komitetów wojewódzkich opowiadało się za utrzymaniem systemu uformowanego w 1948 r. Już po Okrągłym Stole przeciwnikami liberalizacji było 25% członków KC. Te informacje mogą być również przyczynkiem do podważenia tezy autora książki, że nie istniała groźba podjęcia próby obrony starego systemu. Wojsko i służby specjalne – zwłaszcza te drugie, wyrywkowo badane przez Dudka – były ważnym czynnikiem współtworzącym proces zmian. Autor książki nie zauważa w dokumentach śladów oporu i groźby buntu przeciw zmianom, także przejęciu władzy przez „Solidarność”, choć o groźbach buntu przywódcy PZPR mówili ludziom Kościoła i opozycji, próbując wymusić ich ustępstwa. Dudek sądzi, że była to gra, straszenie nieistniejącym zagrożeniem. Nie jest to jednak wcale pewne – rzecz wymaga dalszych badań. Poza tym kluczem do lojalności wojska i służb byli generałowie Jaruzelski i Kiszczak. Ich współudział w procesie przemian minimalizował zagrożenie z tej strony. Nie mogę więc podzielić poglądu, że błędem była pomoc części parlamentarzystów OKP w przeprowadzeniu wyboru Jaruzelskiego na prezydenta w lipcu 1989.

Antoni Dudek słusznie twierdzi, że Okrągły Stół nie był ułożeniem procedur oddania władzy przez PZPR, a jedynie – w zamyśle przywódców partii – próbą stworzenia dla umiarkowanej opozycji reglamentowanego miejsca w systemie, przy pozostawieniu PZPR pakietu kontrolnego i przeniesieniu głównego ośrodka władzy do urzędu prezydenta. W konsekwencji, a może przez przekorę wobec autorów książek o Okrągłym Stole, poświęca mu wyjątkowo mało miejsca i raczej deprecjonuje jego znaczenie. Za realny sukces opozycji uważa jedynie decyzję o wolnych wyborach do Senatu. Co najmniej jednak równorzędnym sukcesem była odmowa udziału w liście krajowej i uzyskanie zgody na kandydowanie ludzi opozycji na osobnych kartach do głosowania. Były to bowiem postanowienia, bez których nie byłoby czerwcowego zwycięstwa. Głębsza analiza debat okrągłostołowych przybliżyłaby nas również do zrozumienia wizji państwa i organizacji społeczeństwa, jaką miały obie strony. Do tego jednak autor przywiązuje zadziwiająco małą wagę.

Opis i analiza przebiegu wyborów czerwcowych należą do najlepszych fragmentów książki, choć nadal rozwój wydarzeń śledzimy głównie poprzez dokumenty PZPR i MSW. Dudek ukazuje niezdolność władz do poprowadzenia sprawnej kampanii, rozsypywanie się partii i koalicji z ZSL i SD, a także nieumiejętność SB wykorzystania swoich możliwości dla skomplikowania kampanii „Solidarności”, co jest chyba kolejnym dowodem nikłego stopnia spenetrowania kluczowych ogniw opozycji. Jednym z głównych pomysłów SB służących podzieleniu kandydatów Komitetu Obywatelskiego było wykorzystanie ich zróżnicowanego stosunku do kwestii aborcji (s. 311).

Klęska czerwcowa PZPR miała podwójny wymiar. Po pierwsze, wymaganą większość głosów otrzymali tylko trzej kandydaci koalicji, pozostałe 296 mandatów miano obsadzić w drugiej turze, podczas gdy KO uzyskał 160 na 161 możliwych mandatów już w pierwszej turze. Po drugie, z 35 mandatów z listy krajowej, na której byli przywódcy partii i państwa, obsadzono tylko dwa. Oznaczało to pozostanie poza parlamentem głównych polityków PZPR, co miało kolosalne znaczenie dla dalszych przemian.

Gorące lato 1989 r., wypełnione wahaniami i przetargami wokół wyboru Jaruzelskiego na prezydenta, przybliżaniem formuły „wasz prezydent, nasz premier” i formowaniem rządu Mazowieckiego, Dudek opisuje ciekawie i analitycznie, choć z wieloma ocenami nie mogę się zgodzić, co sygnalizowałem wyżej. Fragmenty końcowe książki, poświęcone rządowi Mazowieckiego, oparte są już na niezwykle skromnym materiale źródłowym, co wynika z niedostępności dokumentacji państwowej z tego okresu i rozproszenia materiałów uczestników tych wydarzeń. Oglądamy zatem ten okres głównie z perspektywy słabnącej PZPR, odsuniętej przez Mazowieckiego od wpływu na obsadzanie stanowisk i szczegółowych informacji o pracach i zamierzeniach rządu.

Antoni Dudek jest krytykiem polityki „Solidarności”, Komitetu Obywatelskiego i OKP w 1989 r. Uważa, że można było działać radykalniej, że przeszacowano siły starego systemu i gotowość do jego obrony. Wskazuje na potencjał narastającego oddolnie ruchu strajkowego, który miał szansę wykreować nową sytuację polityczną, gdyby nie został powściągnięty przez rozbudzanie nadziei najpierw perspektywą Okrągłego Stołu, potem wyborów czerwcowych, następnie powstania rządu Mazowieckiego. W wywiadzie dla krakowskiej „Gazety Wyborczej” powiedział wprost: czas działał na korzyść opozycji i być może nie trzeba było się tak bardzo spieszyć z kontraktem z komunistami. Nie mogę przyjąć takiej perspektywy i takiej oceny, zarówno ze względu na wartości zasadnicze, którymi kierował się główny nurt opozycji – a które podzielam – jak również minimalizowanie przez autora możliwości gorszych scenariuszy.
Po przeczytaniu książki Dudka pozostaję przy swojej, wielokrotnie wypowiadanej opinii: przejście w 1989 roku od komunizmu do podstaw budowania demokracji było jedną z najlepszych rzeczy, jakich dokonali Polacy w XX wieku. A że dokonano tego ewolucyjnie i bez rozlewu krwi – jest istotą tej oceny.
Andrzej Friszke

Andrzej Friszke – ur. 1956, doktor habilitowany historii. Docent w Instytucie Studiów Politycznych PAN, od 1982 redaktor działu historycznego „Więzi”. Autor m. in. książek: „O kształt niepodległej” (1989), „Opozycja polityczna w PRL 1945-1980” (1994), „Polska Gierka” (1995), „Oaza na Kopernika. Klub Inteligencji Katolickiej 1956-1989” (1997), „Druga Wielka Emigracja” (1999 – współautor, wraz z Rafałem Habielskim i Pawłem Machcewiczem), „Polska. Losy państwa i narodu 1939-1989” (2003). Członek kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. Mieszka w Warszawie.

wstecz

Copyright (c) Towarzystwo „WIĘŹ”
00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3
e:mail: wiez@wiez.pl

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?