Twój schowekTwój koszyk
szukaj

Listopad–Grudzień 2008

Dorosnąć do szczęścia

11–12 (601)

Dorosnąć do szczęścia

Czy szczęście powinno być naszym celem, czy jest jedynie „skutkiem ubocznym” udanego życia? Czy przydarza się nam samo, czy też trzeba nad nim pracować? Czy spada nagle, czy trzeba raczej do niego dorastać? Czy można mieć prawo do szczęścia, jeśli unieszczęśliwia się innych? Czy człowiek samotny, chory, bezdomny, niepełnosprawny, umierający może być szczęśliwy? To tylko niektóre z pytań, na które szukamy tym razem odpowiedzi. Nie proponujemy uczonych traktatów, lecz refleksje bardzo osobiste, egzystencjalne, wręcz świadectwa.

     
1Od redakcji
4Podziękowania dla Przyjaciół
     

Dorosnąć do szczęścia

   
5Żywot człowieka szczęśliwego - ankieta
Małgorzata Baranowska
6Skutek uboczny
Tereliza Braun
7Tak jak powinno być
Stanisława Celińska
9Wysoki adres
Julia Hartwig
10Jak to jest z tym szczęściem?
Małgorzata Musierowicz
12W duecie z...
Daniel Olbrychski
13Najkrótsza odpowiedź
Piotr Pawłowski
13Na swoim miejscu
Władysław Stróżewski
15Radość z prawdy
Filip Buczyński OFM
Katarzyna Jabłońska
17Przynagleni - rozmowa
Bogdan Białek
26Jezus w gałęziach cytrynowca
Cezary Gawryś
32Ten Trzeci
Ewa Woydyłło
Katarzyna Jabłońska
Cezary Gawryś
40Pielęgnowanie szczęścia - rozmowa
     
49W Galerii WIĘZI
Joanna Chudy
     
Michał Płoski
50Czas rozwiązania
Janusz Szuber
55Bogna. Collage • Niech się to dalej
Bohdan Cywiński
Monika Plutecka
Michał Kurkiewicz
571918: dlaczego niektórym się udało? - rozmowa
Michał Murowaniecki
70grań • falochron • sprawy
Abraham Burg
Elżbieta Kossewska
73Postsyjonista? -rozmowa
Monika Waluś
81Złoty środek
Pobiec za pragnieniem
     

Religia

   
Józef Majewski
83Kronika religijna
Kard. Marian Jaworski
93Dlaczego Kościół
Radykalne ryzyko wiary
Jan Turnau
95Błogosławiony misjonarz Miłosierdzia
     

Historia

   
Paweł Ceranka
102Raczkujący rewizjoniści.
Klub Poszukiwaczy Sprzeczności w archiwach MSW
     

Kultura

   
Jerzy Sosnowski
109Dwie siostry
Kalina Wojciechowska
117Wirtuozi dźwięków i smaków
Katarzyna Jabłońska
ks. Andrzej Luter
123Ksiądz z kobietą w kinie
Dwie twarze
     

Książki

   
Roman Loth
131Ludzie, losy, świadectwa
Piotr Matywiecki
135Poetyka czujności
Karol Myśliwiec
138W cieniu i blasku ojca
ks. Jacek Kempa
141Pytanie o Boga i zbawienie
Kalina Wojciechowska
146Buntowniczka Miriam
     
Paweł Kądziela
150Zmarli
Jerzy Sosnowski
153Eks post
Akcelerator i Sens
     

Artykuł

WIĘŹ 11-12 (601) 2008

Ewa Woydyłło, Katarzyna Jabłońska, Cezary Gawryś

Pielęgnowanie szczęścia - rozmowa


WIĘŹ
Dziś w Polsce często można usłyszeć taką deklarację: żyje się nam być może lepiej niż przed rokiem 1989, ale wcale nie szczęśliwiej.

Ewa Woydyłło
Wcale mnie to nie dziwi – poczucie szczęścia jest bowiem zjawiskiem subiektywnym, ono prawie w ogóle nie opiera się na wskaźnikach obiektywnych, dających się policzyć, zmierzyć liczbą dóbr czy zer na koncie, tytułów naukowych etc... Z badań, które jakiś czas temu przeprowadzono, rzeczywiście wynika, że subiektywne poczucie szczęścia Polaków zmalało wraz ze wzrostem standardu życia.

Szczęście to – patrząc matematycznie – wypadkowa wielu wektorów. Najważniejsze z nich mają charakter emocjonalny, a nie materialny. Czy to nie znamienne, że tylu bogatych i sławnych ludzi ucieka od swojego życia w alkohol, narkotyki, a nawet popełnia samobójstwo. Weźmy taką Marilyn Monroe – świat kładł się u jej stóp, a ona nie była w stanie znaleźć odpowiedzi na pytanie o sens życia. Jeśli więc chcemy mówić o szczęściu, musimy wziąć na warsztat życie emocjonalne człowieka, czyli uczucia. To one tworzą przestrzeń dla szczęścia, albo tę przestrzeń dla szczęścia zamykają.

WIĘŹ
Jeśli szczęście zależy od naszych uczuć, chyba źle wróży to nam i naszemu szczęściu?

Woydyłło
Szczęście zależy od uczuć, ale te zależą od człowieka. Od niego zależy, jakie uczucia w nim dominują i co z nimi robi. Uczucia, które nazywam ciemnymi, czyli takie jak nienawiść, złość, mściwość, pamiętliwość, uraza, wrogość, zazdrość, zawiść, gniew, lęk, poczucie winy, wstyd, strach – nie biorą udziału w szczęściu. One wzniecają w nas energię, która zamienia się w coś, czego zawsze użyjemy przeciw komuś albo przeciw sobie. Złość skrzywdzi moje dziecko albo mu dokuczy. Zawiść będzie wrogością wobec sąsiada. Za nimi wszystkimi podąża jakaś odmiana krzywdy. Jeżeli któreś z tych uczuć rozpleni się w nas, to nawet jeśli w życiu przydarzają się nam sytuacje, które powinny nas uszczęśliwić – one nie będą mogły rozbłysnąć. Nawet jeśli dostałam list miłosny, albo moje dziecko narysowało kwiatek i podpisało ,,dla mamusi”, czy słucham sonaty c-moll Beethovena, czyli dzieje się coś, co powinno napełnić mnie radością, wdzięcznością i harmonią – to i tak żadne z tych uczuć się nie przeciśnie. Uczucia należące do repertuaru szczęścia są bowiem bardzo delikatne, a z kolei te ,,negatywne” mają tendencję do bycia brutalnymi. Przez kolce nienawiści, przez grzęzawiska wstrętu czy złości nie przeciśnie się radość z czułego listu, nie dobiegną do mnie i nie przepłyną przez moją duszę dźwięki jakiegoś wzruszającego utworu.

Radość, niekoniecznie zaraz euforyczna, wdzięczność i miłość – w przeróżnych swoich wcieleniach – te uczucia mają największy udział w przywoływaniu szczęścia.

WIĘŹ
A przyjaźń?

Woydyłło
To jest odmiana miłości i wdzięczności.

WIĘŹ
A zrozumienie? Poczucie sensu?

Woydyłło
Zrozumienie i poczucie sensu to pojęcia intelektualne. One zamienić się mogą na przykład w akceptację, muszą jednak „przejść” przez głowę. Malutkie dziecko w ogóle matki nie rozumie, a się przytula, bo słyszy jej głos. Sfera intelektualna ma ważny udział w budowaniu potencjału do szczęścia, ale do samej natury szczęścia nie przynależy.
Wracając do uczuć sprzyjających i niesprzyjających praktykowaniu szczęścia – one są jak gleba. Szczęście, tak jak orchidea, nie może się rozwinąć na złej glebie. Byle chwast
wyrośnie na piasku, a nawet na kamieniach. Orchidei trzeba nie tylko zapewnić odpowiednie podłoże, ale umiejętnie i troskliwie ją pielęgnować, czuwać nad jej wzrostem. Podobnie jest ze szczęściem.

WIĘŹ
Jedni ludzie potrafią być glebą, na której orchidea rośnie, czy też łatwiej wyrośnie, a inni nie potrafią. Dlaczego? Od czego to zależy – od genów, od jakichś szczególnych predyspozycji psychicznych?

Woydyłło
Jedni bardzo wcześnie, już jako maleńkie dzieci, zaczynają odczuwać wdzięczność, a inni mają już siwe brody i ciągle komuś, światu, sobie mają coś za złe. Pamiętają niemal wyłącznie o tym, czego nie mają, a nie potrafią cieszyć się tym, co mają. Neurofizjologia dowodzi, że nie można tu całkowicie lekceważyć czynnika, jakim są geny. Istnieje jakiś genetyczny make up, genetyczne wyposażenie, które może rzutować na pewne preferencje emocjonalne. Ale człowiek tym się różni od wszystkich żywych istot, że może przekraczać siebie. Są ludzie, którzy – nawet jeśli wykazują pewne skłonności do smutku, czarnowidztwa, impulsywnych zachowań, zawiści, ale pracują nad sobą – mają szansę te skłonności skorygować, wyciszyć, nauczyć się je rozbrajać, żeby nie szkodziły ani im samym, ani innym. Tę pracę też można uznać za przygotowywanie gleby, na której ma szansę zakwitnąć orchidea.

Droga

WIĘŹ
A czy do szczęścia można wychowywać?

Woydyłło
Tak jak uczymy dziecko różnych umiejętności życiowych – żeby umiało dbać o higienę i wygląd, gospodarować pieniędzmi, przekonujemy je, że wiedza i wykształcenie bardzo pomagają w życiu, tak samo trzeba nauczyć dziecko wdzięczności, miłości, czułości, empatii, dobroci, zachwytu – wszystkich tych uczuć wyższych, bez których człowiek nie rozwinie się duchowo. Rozwój duchowy to, oczywiście, wartość sama w sobie, ale może warto dodać, że szczęścia doznajemy za pomocą nie zmysłów, ale właśnie duszy.

Jeżeli więc rodzice nie wezmą na warsztat troski o rozwój duchowy dziecka, ryzykują, że ono samo się tego nie nauczy. Albo nauczy się źle, weźmie wzór nie od mądrej mamy, babci, nauczyciela czy duszpasterza, tylko na przykład z telewizji. Jeśli wychowywać je będą niemądre seriale, to zdrada, piąta żona, mściwość etc. będą dla niego czymś naturalnym. Oczywiście, nawet jeśli rodzice zaniedbają troskę o ten duchowy wymiar dziecka, ono może mieć szczęście i przypadkowo się tego w życiu nauczyć, bo trafi na przykład na mądrą panią w przedszkolu. Ona będzie miała serce wielkie jak Pałac Kultury i te „swoje” dzieci obdarzy szacunkiem, podziwem, zachwytem. Od niej dzieci uczyć się będą zachwytu, podziwu, wzruszenia, radości. I mimo że mama gnom i tata gnom, dziecko odbije się od trampoliny. Szczęścia można się więc nauczyć, ale trzeba mieć wzór, bo dzieci uczą się nie przez to, co im mówimy, ale poprzez to, co robimy, jak żyjemy. ,,Szczęśliwi rodzice wychowują szczęśliwe dzieci” – napisał w którejś ze swoich książek Wojciech Eichelberger.

WIĘŹ
jednak mają zrobić rodzice, którzy nie byli wychowani przez szczęśliwych rodziców i sami też nie bardzo potrafią być szczęśliwi. Czy oni nie mają szansy wychować swoich dzieci do szczęścia?

Woydyłło
Jeszcze raz powtórzę: człowiek tym się różni od wszystkich żywych istot, że może przekraczać siebie. Jestem od lat zaangażowana w terapię osób uzależnionych. W swojej pracy nad wyjściem z nałogu (tzw. Dwanaście Kroków) anonimowi alkoholicy odwołują się do pięknej modlitwy przypisywanej Reinholdowi Niebuhrowi, która brzmi: ,,Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co zmienić mogę i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”. W terapii uzależnionych nie ma wprawdzie mowy o szczęściu, ale „pogoda ducha”, na którą powołuje się Niebuhr, jest najlepszą ze znanych mi dróg stwarzających człowiekowi szansę na szczęśliwe życie. Oczywiście, o tę pogodę ducha szczególnie trudno osobom, które czują się nieszczęśliwe. Pogoda ducha ma bowiem swoje źródło w akceptacji. To właśnie akceptacja jest sposobem na dojrzałe spotkanie z życiem. Zaakceptować, że mi się dziecko nie udało, że ojciec nie kochał mnie tak jak tego potrzebowałam, że mąż mnie zawiódł, że nie zrobiłam habilitacji, bo byłam za mało pracowita albo zabrakło mi zdolności... Mogę oczywiście stać do swojego życia tyłem i upierać się: nie, nie mam sześćdziesięciu lat, tylko pięćdziesiąt, nie zostałam lekarzem, bo miałam złego fizyka w liceum… Mogę się oszukiwać, ale to prędzej czy później da o sobie znać albo depresją, albo złością, albo jakąś ucieczką – w alkohol, narkotyki… Pogoda ducha, czyli pogodzenie się ze swoim losem, z samym sobą – to najwyższy stopień dojrzałości emocjonalnej. Człowiek dojrzały emocjonalnie może przekraczać różne swoje deficyty i ograniczenia.

WIĘŹ
Ale kłopot w tym, że trudno wymagać dojrzałości od człowieka, który, chociaż dorosły, nie jest dojrzały…

Woydyłło
Ta zdolność człowieka do budowania w sobie potencjału emocjonalnego, uczuć, które sprzyjają pogodzie ducha i akceptacji, to efekt wyłącznie pracy na sobą. Oczywiście, dla niektórych ludzi praca ta będzie żmudna i mozolna – będą musieli odwrócić wiele nawyków, także emocjonalnych, bo ludzie przyzwyczajają się także do tego, co czują. Jeżeli
ktoś na przykład miał matkę choleryczkę, to prawdopodobnie sam będzie albo zalękniony i będzie się bał każdego podniesionego głosu, albo z kolei będzie się wydzierał. Jak ktoś wychowywał się w domu, w którym niemal na każde życiowe wyzwanie reagowano lękiem – trudno mu będzie uwierzyć we własne możliwości. Ludzie bywają przywiązani do swojego cierpienia. Wyjście z cierpienia wymaga ciężkiej pracy.


WIĘŹ
I chyba też odwagi, bo trzeba stanąć w prawdzie o sobie.

Woydyłło
O tak! W przywołanej wyżej modlitwie modlimy się także o odwagę. Ona jest niezbędna, bo konieczną częścią pracy nad sobą musi być spotkanie twarzą w twarz ze swoimi emocjami. A skoro są to emocje osób mocno doświadczonych przez los, czy na przykład żyjących w bolesnym poczuciu niespełnienia, to trzeba się przygotować, że te emocje będą niczym nieokiełznana sfora dzikich bestii. Tym razem mają jednak zostać uwolnione nie po to, żeby kąsać, ale w celu ich oswojenia. To może trwać długo, a nawet bardzo długo, ale warto się trudzić, bo nie tylko poprowadzi nas to ku akceptacji swego losu, ale też pozwoli wyjść poza siebie, odnaleźć – zagubioną być może – empatię. To ona sprawia, że chcemy i potrafimy bardziej być dla innych i z innymi.

Empatię ma już noworodek, bo kiedy słyszy, że inne dziecko płacze, też zaczyna płakać. Dorastając w niesprzyjających warunkach możemy ją zagubić. Jesteśmy jednak częścią całości, współodczuwamy z innymi i współczujemy innym – to bycie ku innym i dla innych, a nie tylko ku sobie, wpisane jest w ludzką naturę.

Motyl

WIĘŹ
Relacje z innymi stanowią treść naszego życia duchowego. Bez nich także osiągnięcie szczęścia wydaje się niemożliwe. Taką sugestię znajdujemy również w Kazaniu na górze. Błogosławieni, czyli szczęśliwi – to współczujący, płaczący z płaczącymi, miłosierni, ci którzy przebaczają, niosą pokój… Szczęście płynie z tego, że potrafimy być z innymi i dla innych.

Woydyłło
Duchowy wymiar mojego życia znajduje wyraz w moich relacjach z drugim człowiekiem, z Bogiem, ze światem. Mogę kochać muzykę i ona może napełniać mnie autentyczną radością, ale miłość do sztuki nie czyni ze mnie człowieka duchowego. Stalin też kochał muzykę, a nawet pięknie śpiewał. Kultura jest bezosobowa – może być piękna, ale też zbrodnicza. Miłość do sztuki nie musi – chociaż czasem pewnie może – wyprowadzać mnie z mojego egoizmu, może być miłością do mojego własnego wzruszenia. „Materiałem” nieodzownym do szczęścia są takie uczucia, które łączą, a nie dzielą, pomagają, a nie szkodzą, otwierają na innych, a nie prowadzą do koncentracji na samym sobie.

Samotność, brak emocjonalnych więzi z drugim człowiekiem, brak przyjaciół to jedna z największych udręk. Jeśli więc mówimy o wychowywaniu do szczęścia, to trzeba jasno powiedzieć, że to się może dokonać tylko poprzez głęboką relację z drugą osobą. A relacja nie może zaistnieć bez bycia razem. To nie zawsze musi być fizyczna obecność, chociaż ta jest niezbędna. Jeśli jednak z jakichś powodów jest niemożliwa, można ją czasowo zastąpić listami, rozmowami telefonicznymi. Bliskość oznacza wzajemne uczestnictwo bliskich sobie osób nie tylko w ich zewnętrznym, ale też wewnętrznym życiu.

WIĘŹ
Zaniedbania w budowaniu i pielęgnowaniu relacji bywają tragiczne w skutkach…

Woydyłło
Nie rozmawiamy ze sobą, ukrywamy swoje emocje, opancerzamy się w różnych maskach. Polak musi się upić, żeby poczuć się swobodniej, żeby zdjąć maskę. Nawet dzieci się upijają. W tym upijaniu się Polaków znajduje zastepcze ujście ta skumulowana emocjonalność, która nie ma dostępu do naszego normalnego stylu życia. Emocje to najbardziej zaniedbana sfera w XXI wieku. Bywamy wobec nich przeraźliwie bezradni. A przecież istnieją bardzo proste sposoby, żeby je zagospodarować. Założenia akcji „Cała Polska czyta dzieciom” są bardzo proste – chodzi o poświęcenie dwudziestu minut dziennie na czytanie dziecku. Warunek, że to nie samo dziecko będzie sobie czytać. To za mało. Ważne, żeby rodzic czytał razem z dzieckiem. Chodzi o wspólnie spędzony czas, o wspólne przeżycia. To jeden z fantastycznych sposobów na to, żeby uśpione czy zaniedbane emocje troszeczkę pobudzić, żeby nauczyć się je wyrażać i rozpoznawać. Dzięki temu mamy szansę na większy wgląd w siebie.

WIĘŹ
Wgląd w siebie, akceptacja swojego losu – wszystko to przywodzi na myśl starożytną zasadę wypisaną na świątyni w Delfach: gnothi se auton (poznaj samego siebie), wedle której tylko życie w prawdzie może być życiem szczęśliwym. Tymczasem kultura masowa pod maską prawd służących właśnie naszemu szczęściu podsuwa nam różne recepty na szczęście. Jak oceniłaby Pani te tak pleniące się podręczniki, poradniki w rodzaju: jak wychować szczęśliwe dziecko, jak odnieść sukces w pracy, recepta na udany związek etc.. ?

Woydyłło
W podpowiedziach: bądź szczęśliwy, odnieś sukces, zbuduj dobrą rodzinę, naucz się czegoś – nie upatruję żadnego zagrożenia. Moim zdaniem książki, o których Państwo wspomnieli, szkody nie przynoszą, chociaż są bezsprzecznie elementem kultury masowej. Jednak inne składniki tej kultury – różne „zabawiacze”, „odwracacze uwagi”, fałszywe obietnice – z całą pewnością szkodzą. O ile książkę, która mówi: w siedem dni odniesiesz sukces, mogę bardzo szybko zweryfikować – po prostu sprawdzam, czy zawarte w niej podpowiedzi działają, a jeśli nie, to wyrzucam ją do kosza – o tyle produkty masowej kultury, takie jak harlequiny, seriale telewizyjne, teleturnieje etc., zaśmiecają moją wrażliwość, wypaczają poczucie smaku, manipulują moimi emocjami. Bóg dał nam wprawdzie płaty czołowe mózgu, byśmy rozróżniali i selekcjonowali, co jest wartościowe, a co głupie, ale tego rozróżniania trzeba się nauczyć. Dziecko nie ma do tego instrumentów, ma za to rodziców, nauczycieli, duszpasterzy – nauczyć dziecko rozróżniania między tym, co mądre, a tym, co głupie, to ich zadanie. Problem więc nie w kulturze masowej, ale w braku przewodników. Rozpaczliwie niewielu rodziców, nauczycieli i duszpasterzy ma odpowiednie kwalifikacje, żeby być dla dziecka czy młodego człowieka życiowym przewodnikiem. I znowu wracamy do początku, czyli do pracy nad sobą, której efektem będzie zyskiwanie dojrzałości.

Wracając do szczęścia, które próbujemy tu rozszyfrowywać – dojrzały człowiek rozumie również i to, że szczęście jest jak motyl, który czasem przysiada nam na ramieniu, jak tęcza, która się pojawia, ale nie trwa bez końca. Szczęście nie jest bowiem czymś, co mamy na stałe, jest raczej umiejętnością rozpoznawania go, kiedy nam się przydarza. Jeśli posiądziemy tę umiejętność, to nie będziemy już za szczęściem gonić – będziemy go wypatrywać.


WIĘŹ
Tak więc do wszystkiego – do mądrości, także do szczęścia, trzeba dorosnąć…

Woydyłło
Kiedy mówimy o szczęściu, to trzeba sobie uświadomić, że jest ono ucieleśnieniem dojrzałości emocjonalnej. Jeśli jej brak, to do szczęścia strasznie daleka droga. Bywają ludzie obrażeni na życie – skarżą się, że ich szczęście ominęło, owszem, dostrzegają je czasem u innych, ale nigdy u siebie. A szczęście to postawa ku życiu. Albo człowiek do tego dorasta, albo nie dorasta. To jednak zależy już od nas samych. Szczęście rodzi się z pracy nad sobą. To jest trening taki sam jak trening mięśni – jeżeli będziemy je odpowiednio ćwiczyć, to one będą nam służyć, w przeciwnym razie ulegają atrofii. Uczenie się szczęścia – raz jeszcze powtórzę – polega na rozwoju emocjonalnym i duchowym. A taki rozwój dostępny jest nie tylko nielicznym osobom wtajemniczonym, ale każdemu z nas.

Rozmawiali Katarzyna Jabłońska i Cezary Gawryś


Ewa Woydyłło – psycholog i terapeutka. Od 24 lat prowadzi terapię z alkoholikami, od 1989 roku działa w Fundacji Batorego, organizując w kraju i zagranicą szkolenia dla psychologów i lekarzy w dziedzinie profilaktyki i terapii uzależnień. Autorka licznych artykułów i książek psychologicznych, ostatnio wydała: Podnieś głowę, W zgodzie ze sobą, My – rodzice dorosłych dzieci. Mieszka w Warszawie.

wstecz

Copyright (c) Towarzystwo „WIĘŹ”
00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3
e:mail: wiez@wiez.pl

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?