Twój schowekTwój koszyk
szukaj

Listopad–Grudzień 2012

Czas kryzysu, czas pytań

11–12 (649)

Czas kryzysu, czas pytań

Na kryzys można patrzeć jak na koniec świata albo śmiertelne zagrożenie. Ale można też go potraktować jako wyzwanie  i szansę.
Czas kryzysu to czas pytań o to, co najważniejsze: o sens podejmowanych działań, o dalekosiężne wizje, o cele strategiczne na przyszłość, a nie tylko o to, co zrobić dzisiaj. Tak dziać się powinno również w dziedzinie polityki gospodarczej i polityki społecznej. Być może kryzys to okazja do poszukiwania nowego wzorca ładu społeczno-gospodarczego w epoce globalizacji? Coraz częściej eksperci wskazują także na antropologiczne – duchowe i moralne – źródła kryzysu. Czy są szanse, by w dzisiejszym świecie refleksja społeczno-gospodarcza objęła także ten wymiar, jak w Niemczech po II wojnie światowej?

     
Zbigniew Nosowski
1Od redakcji
4Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ
     

Czas kryzysu, czas pytań

   
Paul H. Dembinski
5Humanizm gospodarczy
Społeczna gospodarka rynkowa w czasach kryzysu
Marek Rymsza
19Czy wiemy, czego chcemy?
Polityka społeczna w czasach kryzysu
Mariola Racław
32Młodzi „uwięzieni”
Bezdroża (nie)zależności na drodze do dorosłości
Justyna Bokajło
41Niemieckie „państwo cudów”
Reformy Hartza jako remedium na kryzys gospodarczy
Andrzej Paszewski
52Skandal niewiarygodnych nierówności
Kryzys, liberalizm a katolicka doktryna społeczna
     
65W Galerii WIĘZI
Alicja Ignaciuk
     

Forum

   
Janusz Szuber
66Kat przyjechał w czerwieni, krakowianka w zieleni; Nasze stare matki szczupleją; Nie, nic mi nie jest
Wasyl Machno
69Polska 2011: okolice i pogranicza
Krzysztof A. Meissner
79Logos w fizyce
Wojciech Wendland
83Sienkiewicz a tatarski Robin Hood
Renata Senktas
92Tempo, Errata
     
Monika Waluś
94Złoty środek
Czas ukradziony
     

Wiara

   
Michał Zioło OCSO
96Co może być uratowane, zostanie uratowane
Przyczynek do uniwersalnej komunikacji Raïssy M.
Ks. Rafał Dudała
104Postconcilium
Teologowie do archiwów!
     

Historia

   
Tomasz Kozłowski
109„W tym procesie nie będzie wyroków śmierci”
Taktyka oskarżenia działaczy KSS-KOR i „Solidarności” w 1982 r.
     

Kultura

   
Jacek Wakar
125W teatrze cieni Jerzego Jarockiego
Katarzyna Jabłońska
ks. Andrzej Luter
131Ksiądz z kobietą w kinie
Wypluć prawdę?
     

Książki

   
Jarema Piekutowski
139Przeciw tyranii normalności
Jan Olaszek
144Nacjonalizm przeciwko „Solidarności”
Anna Tatar
149Polska wieś wobec Zagłady
Robert Mikołaj Rynkowski
154Duchowe rewolucje
Wojciech Skrodzki
158Byt pośredni
     
Jerzy Sosnowski
161Eks post
Dotąd tak, dalej nie
     
Numer w wersji e-book:
(format: pdf)
13,53 zł
dodaj do koszyka
dodaj do schowka

Artykuł

WIĘŹ 11-12 (649) 2012

Jarema Piekutowski

Przeciw tyranii normalności

Julia Kristeva, Jean Vanier, (Bez)sens słabości. Dialog wiary z niewiarą o wykluczeniu, tłumaczenie: Katarzyna i Piotr Wierzchosławscy, W drodze, Poznań 2012 r., 248 s.

 



O 7:00 na Dolnym Mokotowie zmęczony, młody człowiek wypija dwie kawy, schodzi do podziemnego garażu i tam odpala silnik nowiutkiego opla. Długo przebija się do centrum Warszawy, gdzie znajduje się jego korporacja. Przez kolejne 10 godzin (z przerwą na lunch) będzie walczył o sukces, o premię, o wzrost sprzedaży w firmie, aż w końcu jeszcze bardziej wycieńczony wróci do swego apartamentowca, by położyć się spać i następnego dnia znów wstać o siódmej.

„Sukces bożkiem jest dziś” – pisał 150 lat temu Cyprian Kamil Norwid. Jak to zwykle bywa, mimo napomnień poety cywilizacja Zachodu do dziś klęczy przed swym idolem. Żeby wkupić się w łaski bożka, konieczna jest rywalizacja, rozpychanie się łokciami, uznanie ze strony społeczeństwa, które pomoże wybranym uczestnikom wyścigu w osiągnięciu najwyższych pozycji. Czasami jednak zdarza się, że ktoś podejmie odważny wybór i pośród szaleństwa najpierw zatrzyma się, a potem powoli odwróci i ruszy w inną stronę. Rozmowę takich właśnie osób przedstawia (Bez)sens słabości – zbiór listów Jeana Vaniera i Julii Kristevej.

Z punktu widzenia wewnętrznych podziałów polskiego Kościoła spotkanie Vaniera i Kristevej może wydawać się szokujące. Oto bowiem rozmawiają ze sobą osoby o zupełnie różnych światopoglądach. Julia Kristeva to psychoanalityczka, literaturoznawczyni i filozof, związana z nurtami niezwykle dalekimi od nauki katolickiej. Mówi się o niej nawet jako o jednej z twórczyń feminizmu postmodernistycznego (przeciwko czemu sama Kristeva zresztą protestowała). Otwarcie deklaruje się jednak jako ateistka, a jej stosunek do instytucji religijnych jest nieufny. Jean Vanier, założyciel ruchów Arka oraz Wiara i Światło, nie należy może do kościelnych konserwatystów, ale bez wątpienia jest katolikiem, utożsamiającym się z ortodoksją. W mediach określany jest najczęściej jako katolicki filozof.

Czytając (Bez)sens słabości, nieustannie zadawałem sobie pytanie: co musiało się wydarzyć, by tak odległe umysły spotkały się ze sobą w atmosferze tak ogromnej serdeczności? Co musiałoby się stać, by i w Polsce ludzie podzieleni stosunkiem do historycznych wydarzeń, do Kościoła i do sceny politycznej mogli wymieniać ze sobą takie listy? Ostatnim przykładem podobnych spotkań w naszym kraju były prowadzone siedemnaście lat temu rozmowy ks. Józefa Tischnera z Adamem Michnikiem (Między panem a plebanem). Wydaje się jednak [a mówię to z całą stanowczością jako duchowy uczeń ks. Tischnera), że nawet tym dialogom brakowało jednoznaczności w zaznaczaniu własnych granic, której nie boją się Kristeva i Vanier. Momentami różnice między polskimi rozmówcami rozmywały się w atmosferze „dobrego towarzystwa”. Nic takiego nie ma miejsca w (Bez)sensie słabości. Ten zbiór jest przede wszystkim niezwykłą lekcją prowadzenia dialogu.

Listy Kristevej i Vaniera przekonują, że pierwszym warunkiem rozpoczęcia dialogu jest przynajmniej minimalna wspólnota prostych, ludzkich doświadczeń. Jedną bowiem kwestią pozostaje całe tło intelektualne i światopoglądowe, czyli świat umysłu, a drugą – bezpośrednie doświadczenie życiowe. Taką wspólnotę prostych doświadczeń, nieskażonych ideologią opisuje Marcin Świetlicki w wierszu Do Jana Polkowskiego: „ząb mnie boli, jestem / głodny, samotny, my dwoje, nas czworo / nasza ulica”. Na to, co nazywamy działaniem społecznym, politycznym czy publicznym ostatecznie składa się szereg spotkań między dwojgiem ludzi, myśli i emocji. Dopóki pozostaję na płaszczyźnie publicznej, światopoglądowej bardzo trudno zacząć rozmawiać z kimś o radykalnie odmiennych poglądach. Jednak gdy zauważam, że proste doświadczenia tej drugiej osoby są bliskie moim (a muszę to zauważyć, jeżeli odpowiednio dokładnie się przyjrzę) – wtedy dopiero wychodzę poza zasłonę umysłu, wtedy dopiero rozmowa może się zacząć.

Wspólnotą prostych doświadczeń Jeana Vaniera i Julii Kristevej jest osobiste zetknięcie z tym, co Vanier nazywa „kruchością”, a Kristeva „słabością” lub „brakiem”. To codzienny kontakt z człowiekiem niepełnosprawnym. Formy kontaktu bardziej wzniosłe, takie jak dotyk dłoni, rozmowa czy uśmiech, ale także te trudniejsze: pomoc w posiłkach, w czynnościach higienicznych, a nawet fizyczne zmagania z aktami agresji lub nieprzeniknionym smutkiem. On od niemal 50 lat towarzyszy osobom z upośledzeniem umysłowym we wspólnotach Arki, ona zmaga się z cierpieniami jako matka niepełnosprawnego Davida. Ten punkt wspólny wystarcza, by różnice polityczne i religijne stały się mniej istotne i by rozpoczęła się rozmowa.

Drugim wspólnym punktem autorów listów jest bez wątpienia niechęć do systemu, o którym pisałem na początku – do nieludzkiej machiny wprzęgającej ludzi w oszalałą pogoń za sukcesem. Lata przebywania z ludźmi kruchymi, których słabość jest widoczna tak samo, jak widoczne jest ich człowieczeństwo, muszą odkrywać bezduszność tego systemu i jego odczłowieczające mechanizmy. W świecie sukcesu osoby, które istotnie różnią się od pozostałych, osoby, które nie mogą aktywnie uczestniczyć w wyścigu, siłą rzeczy usuwane są na margines, do „czarnej strefy”, jak to określa Kristeva. Wbrew pozorom opis świata owładniętego żądzą sukcesu nie odnosi się jedynie do życia w bezlitosnych korporacjach. Często podobne podejście można obserwować w samym Kościele. Jakże powszechna jest w nim duchowość oparta na własnych osiągnięciach, której pierwszym celem jest nie miłość, ale praca nad sobą w celu wyeliminowania własnych wad! W tej bezwzględnej wizji mamy do czynienia z niedościgłymi wzorami cnót w postaci świętych i Chrystusa, a nasz trud ma uczynić nas nieco bliższymi tym wzorom. Vanier radykalnie wypowiada się przeciwko tej duchowości: „odkrywam Jezusa nie jako człowieka odważnego, silnego, walczącego twardziela – performera, ale jako człowieka wrażliwego, nawet słabego i pełnego lęku. Straszliwie ludzkiego i cudownie boskiego”.

Musiało się jednak zdarzyć coś jeszcze. Kristeva swój pierwszy listy wysłała do Vaniera po pobycie we wspólnocie „Arki” we francuskiej miejscowości Trosly-Breuil. Pobyt ten gruntownie nią wstrząsnął: „Byłam, jestem i będę w Pańskiej Arce. Skrajna słabość oraz ograniczenia narzucone życiu, przemienione we wspólnotę. Co to jest takiego?”. Kristeva doznała „tego, co inne”, czegoś, co wykraczało poza jej dotychczasowe doświadczenia – i zaczęła zadawać pytania. Jej pierwszy list do Vaniera jest próbą nazwania nowego przeżycia na różne sposoby: bliskością, człowieczeństwem, przymierzem. Kristeva próbuje oswoić duchowe doświadczenie, wobec którego nie jest w pełni ufna. Zaczyna odważnie: „Wiem, jak ja bym sobie radziła: z pomocą psychoanalizy i z zaangażowaniem etyki, tak jak to robią ci, którzy «zerwali nić tradycji» i nie opierają się na transcendencji!”. Jednak kilka zdań dalej przyznaje, że przy użyciu swoich środków, w aktualnym kontekście nie byłaby prawdopodobnie w stanie stworzyć więzi tak pełnych wzajemnego szacunku i przyjaźni. A zatem poza wstępnymi warunkami dialogu do jego rozpoczęcia potrzebna jest także pewna iskra zapalna w postaci głębokiego przeżycia, przemieniającego wewnętrznie. Ono sprawia, że mam ochotę nie tylko mówić, ale także zadawać pytania.

Lektura (Bez)sensu słabości jest z wielu powodów niezwykłą przyjemnością. Przyciągająca jest wspominana już atmosfera emocjonalnej serdeczności między autorami. Z każdej strony bije entuzjazm i chęć podejmowania dalszych działań. Jednak przyjemność czytania wiąże się także ze zderzeniem dwóch całkowicie różnych języków, jakimi posługują się Vanier i Kristeva. Język autorki Czarnego słońca jest niezwykle intelektualny i emocjonalny zarazem. Jej listy przepełnione są terminologią psychoanalityczną, pojawia się wiele sformułowań Freuda i Lacana. Niejednokrotnie (jak na przykład w opisie spotkania analitycznego) fragmenty listów przyjmują wręcz charakter wykładu. Emocjonalność widać natomiast w podskórnym buncie przeciw rzeczywistości i w desperackich próbach odnalezienia dróg do jej zmiany: „Ach, rozpacz tego negowania, które sili się, by zakryć ranę odmienności, doświadczenia cierpienia, ryzyka! Ale dlaczego?”.

Z kolei założyciel Arki w swoich listach wychodzi przede wszystkim od prostych faktów i obrazów: „Mama jaskółka karmi swoje małe z dużą czułością: cud natury...”. Właśnie prostota jest podstawową cechą przyjętego przezeń języka. Wydaje się ona wynikać z głębokiego mistycznego doświadczenia. Vanier – wówczas 81-letni, a dziś starszy jeszcze o 3 lata – jest człowiekiem szczęśliwym, przekonanym, że świat, ze wszystkimi niedociągnięciami, cierpieniem i trudnościami, jest jednak z gruntu dobry. Od czasu do czasu pojawia się w jego słowach smutek, a może raczej łagodna melancholia, ale nie widać tam niepokoju i niezgody, obecnych u Kristevej. „Czuję się szczęśliwy, że żyję i istnieję, doświadczam siebie jako swego rodzaju pełni, która wytryskuje z najgłębszych pokładów mojego bytu [...]. Jednocześnie czuję głęboko, że nie jestem sam”.

U czujnego czytelnika tego typu zdania mogą spowodować zapalenie się lampki ostrzegawczej – czy prawdziwe doświadczenie nie roztapia się tu w słodyczy chrześcijańskich obrazów, w duchowym kiczu, znanym z wielu tekstów, obrazów i pieśni? Wydaje się, że za Vanierem przemawia jego wieloletnie doświadczenie; różnorodność i niejednoznaczność świata, z którym na co dzień się styka. W kontekście wieloletniego zmagania Vaniera z cierpieniem trudno zakwestionować jego autentyczność. Nie ma się jednak co dziwić, że Kristevą chwilami drażni ów „cudowny uśmiech i [...] szczodre podziękowania dla Losu”. Podobnymi słowami bowiem – przyznaję to przy całej ogromnej atencji wobec Vaniera – wyrażana jest nieraz neoficka, powierzchowna radość, wobec której wraz z doświadczeniem można nabrać sporego dystansu. Czy ten język stanowi jednak aż tak duży problem? Nawet Kristeva ostatecznie przyznaje, że owe podziękowania są i tak lepsze niż „rozgoryczenie i uszczypliwość [...] agnostyków czy ateistów, którzy celują i specjalizują się w krytykach, dekonstrukcji, roszczeniach i żądaniach wszelkiego rodzaju”. Przy tym Bóg, w którego wierzy i którego doświadcza Vanier, okazuje się nieraz zupełnie inny niż wyobrażenie Kristevej o Bogu katolików – u Vaniera On „nie jest kimś, kto wydaje rozkazy”.

Polski czytelnik, przyzwyczajony przez debatę publiczną do dwóch skrajnych postaw – agresji w imię „prawdy” lub ukrywania prawdziwych opinii w imię „zgody” – może nauczyć się od Vaniera i Kristevej pełnego życzliwości, kulturalnego i jednocześnie stanowczego wyrażania własnych opinii niezgodnych z opinią rozmówcy. Na rozdrażnienie Kristevej entuzjastycznym językiem i podziękowaniami wobec losu Vanier odpowiada: „Twoje zdenerwowanie jest być może znakiem, że Twoje psychoanalityczne, bystre oko podejrzewa mnie, za uśmiechem i podziękowaniami, o coś, co nie zostało wyjawione. Nie mylisz się. Są we mnie [...] uniki, lęki, uprzedzenia, rzeczy ukryte. Osobiście nie czuję potrzeby, aby pójść dalej w tej pracy nad sobą [podkr. JP]. Teraz, kiedy mam prawie osiemdziesiąt dwa lata, schodzenie w słabość i przyjmowanie tej słabości będą dopełniać tej pracy”.

Tak prowadzona rozmowa prowadzi jednak przede wszystkim do wspólnych odkryć. Przede wszystkim do odkrycia tyranii normalności i chęci jej przełamania. Świat zachodni, ciągle zapatrzony w Wall Street, przez tę tyranię uniemożliwia ludziom bycie sobą. Możliwe jest bowiem nawiązanie głębokiej więzi tylko z człowiekiem autentycznym. Autentyczność natomiast musi wiązać się z setkami odcieni „nienormalności”, czyli cech, które nie pozwalają włączyć się w stadną pogoń za sukcesem i przyjemnością. Czy jednak przyjemność jest złem? Vanier stawia tezę niezwykłą – według niego podstawową przyczyną tak wielkiego zainteresowania pełnieniem w Arce funkcji asystenta (osoba, która decyduje się dzielić codzienne życie z upośledzonymi) jest właśnie przyjemność spotkania z „kumplami”, jak mówi się o niepełnosprawnych przyjaciołach. Przyjemność całkowicie naturalnego spotkania, pozbawionego umysłowego „narzutu”, spotkania, „które wyraża to, co ludzkie, [...] – w którym widzi się oczy drugiego, dotyka się jego ciała z szacunkiem, słyszy się ton jego głosu”. Może to jest właśnie droga do przezwyciężenia tyranii normalności i sukcesu – nie przez negację potrzeby szczęścia i przyjemności, ale przez wskazanie, że leżą one gdzie indziej, niż się nam wydaje?

Między rozmawiającymi tworzy się także wspólny cel – wyrażany szczególnie silnie przez Kristevą. Dla francuskiej psychoanalityczki pobyt w Arce stał się silną inspiracją do myślenia o zmianach systemowych. „Brakuje nam, drogi Jeanie Vanier, Arki w wymiarze politycznym” – pisze już na początku. Czy jednak możliwe jest utrzymanie tak bliskich więzi na poziomie instytucjonalnym, organizacyjnym? Nadzieja na to nie opuszcza Kristevej, choć zdaje sobie ona sprawę z faktu, że na poziomie wielkich zbiorowości gubi się indywidualność, że bardzo trudno uniknąć skostnienia instytucji. Być może jedynym skutecznym działaniem może tu być działanie etyczne, jednak ono znów należy do poziomu jednostkowego – głębi rozmów między osobami – i nie poddaje się rozwiązaniom systemowym.

Doświadczenie pracy z instytucjami wspierającymi osoby niepełnosprawne wskazuje, że wraz z powiększaniem się ich kadry, zasięgu, infrastruktury tworzy się też nowy, formalny język i nowe, bardziej zdystansowane relacje. Aby otworzyć się na kruchość, instytucja musiałaby samą siebie uznać za niepełnosprawną. A to wymagałoby od jej przywódców unieważnienia własnego ja. Taka sytuacja jednak jest niezwykle rzadka – umiejętność stworzenia spójnego ruchu politycznego czy sprawnie działającej organizacji niestety często nie idzie w parze z pokorą. W procesie instytucjonalizacji i polityzacji może się więc zagubić proste, osobowe doświadczenie spotkania człowieka z człowiekiem. Czy na pewno musi?

Takie pytanie wielokrotnie zadają między wierszami Kristeva i Vanier. Nie dają przy tym na nie jednoznacznej odpowiedzi, podobnie jak na wiele innych, nieraz dramatycznych pytań, które pojawiły się w trakcie ich korespondencji. Ale czy faktycznie chodzi tu o gotowe odpowiedzi? Oboje autorzy listów unikają zamykania podjętych kwestii. Dzięki temu omijają pułapkę nadmiernego pesymizmu, który, jak się wydaje, może grozić Kristevej, jak i naiwności, o którą można czasem posądzić współtwórcę Arki. W ich rozmowach natomiast rozbrzmiewa pytanie, o którym pisała Simone Weil: „Jaka jest twoja udręka?”. A już sama zdolność do zadania tego pytania oznacza, zdaniem francuskiej myślicielki, pełnię miłości bliźniego.



Jarema Piekutowski





Jarema Piekutowski – ur. 1978. Socjolog, kierownik projektów badawczych, społecznych i kulturalnych. Właściciel firmy Liber, prowadzącej badania społeczne oraz projekty społeczne i kulturalne. Wiceprezes Fundacji Veritas, menedżer i wokalista w zespole wokalno-instrumentalnym Pomerania Ensemble. Mieszka w Szczecinie.

wstecz

Copyright (c) Towarzystwo „WIĘŹ”
00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3
e:mail: wiez@wiez.pl

Bez Ciebie nie przetrwa WIĘŹ! Jak możesz pomóc?